Książki Jana Pawła II - "Przekroczyć próg nadziei", "Dar i Tajemnica" PDF Drukuj
Przekroczyć próg nadziei

"Papież, który jest świadkiem Chrystusa i szafarzem Dobrej Nowiny, jest przez to samo człowiekiem radości i człowiekiem nadziei, człowiekiem tej podstawowej afirmacji wartości istnienia, wartości stworzenia i nadziei życia wiecznego" (s. 37-38).
To, że ukazała się książka Papieża, a nie jeszcze jeden oficjalny dokument czy encyklika, jest wydarzeniem niecodziennym w życiu Kościoła. Tak więc jeszcze raz Jan Paweł II zaskakuje swoją odważną inicjatywą, jak gdyby czuł, że długie i wnikliwe analizy do wielu nie docierają. W jego książce jest coś z ducha publicystyki. Ktoś nazwał ją po prostu listem skierowanym do każdego człowieka dobrej woli, który szuka odpowiedzi na najważniejsze pytania swojego życia.

Aby zrozumieć genezę tej publikacji, trzeba przeczytać wstęp do niej, napisany przez znanego włoskiego dziennikarza Vittoria Messoriego. Początkowo chciał on przeprowadzić obszerny wywiad telewizyjny z Janem Pawłem II z okazji 15-lecia jego pontyfikatu, który jednak z powodu licznych zajęć Ojca Świętego we wrześniu 1993 roku został odwołany. Ale Papież zachował pytania, które mu przedstawił dziennikarz, i po jakimś czasie Messori otrzymał wiadomość, że Ojciec Święty udzielił na nie odpowiedzi. Niedoszły rozmówca mógł je teraz opracować.

Warto zauważyć, że pytania Messoriego są bardzo odważne i, jak sam pisze, "prowokujące", ponieważ chciał on być rzecznikiem prostych ludzi, którzy mają wiele trudności ze zrozumieniem chrześcijańskiej wiary i przyjęciem jej jako normy dla swego postępowania. W ten sposób Ojciec Święty stał się świadkiem, który u progu nowego tysiąclecia mówi, że "Chrystus jest wciąż młody" i daje jedynie pełną odpowiedź na pytanie: czym jest człowiek, jaki jest sens cierpienia, zła, śmierci (por. s. 42-43, gdzie Papież cytuje nr 10. soborowej Konstytucji Gaudium et spes).

Czytając tę książkę, mamy przed sobą Jana Pawła II jako chrześcijanina i człowieka głębokiej wiary, który mówi o bogactwie Jezusa Chrystusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem i ludźmi, z zapałem, jakiego doświadczał kiedyś św. Paweł: "Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii" (1 Kor 9, 16). Papież pragnie na wszelki sposób głosić Chrystusa (por. Flp 1, 18).

To właśnie z perspektywy nowej ewangelizacji można lepiej zrozumieć tę niecodzienną książkę, o której mówi się, iż jest także duchowym testamentem Jana Pawła II. Jest to jednak testament, który nie zamyka pewnego okresu w dziejach Kościoła, lecz otwiera nowe horyzonty na przyszłość. Papież z nadzieją patrzy w trzecie tysiąclecie głoszenia Ewangelii i przynagla cały Kościół, aby był misyjny. Utwierdza braci w wierze i miłości, aby wytrwale głosili Chrystusa i aby nie bali się być znakiem sprzeciwu pośród świata.

Przekroczyć próg nadziei

Już sam tytuł tej książki ma wymowę symboliczną, ponieważ skłania do refleksji także nad tą nadzieją, którą przepełniony był 58-letni kardynał Karol Wojtyła, gdy został wybrany na Papieża. Któż z nas na wspomnienie tego pamiętnego wieczoru 16 października 1978 roku nie odczuwa głębokiej duchowej radości i wzruszenia. Habemus papam... Pamiętam, jak z okazji 10-lecia pontyfikatu na spotkaniu z Polakami w Rzymie, Jan Paweł II wspominał, jak wielką rolę w tym momencie jego życia odegrał kardynał Stefan Wyszyński, który zachęcał go, by przyjął ten trudny wybór.

O wielkiej nadziei świadczyły też słowa homilii wygłoszone przez Jana Pawła II podczas Mszy św. inaugurującej jego pontyfikat:


"Kiedy w dniu 22 października 1978 r. wypowiadałem na Placu św. Piotra słowa: Nie lękajcie się!, nie mogłem w całej pełni zdawać sobie sprawy z tego, jak daleko mnie i cały Kościół te słowa poprowadzą. To, co w nich było zawarte, pochodziło bardziej od Ducha Świętego [...]" (s. 160).

A z jaką nadzieją i mocą wypowiadał Jan Paweł II słowa Psalmu na Placu Zwycięstwa w Warszawie: Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi... tej ziemi! I odnowił, i wciąż odnawia. W pamiętnym 1989 roku runął mur berliński i zaczął upadać system komunistyczny, który przez długie dziesięciolecia zniewalał narody.

Głównym zamiarem Ojca Świętego jest zaproszenie współczesnego człowieka do tego, aby przekroczył próg nadziei, to znaczy wyszedł z obszaru smutku, zwątpienia, agnostycyzmu i wszedł w obszar nadziei, gdzie działa Żywy Bóg w Osobie Jezusa Chrystusa.

Kierując to osobiste zaproszenie do każdego człowieka, Jan Paweł II jest świadomy rozlicznych zniewoleń i trudności, które nie pozwalają wielu ludziom uczynić tego odważnego kroku. Papież jest wobec nich cierpliwy, wyrozumiały i dobry. Na kartach tej książki okazuje się on mistrzem dialogu, trudnego dialogu. Jan Paweł II nikogo nie potępia, ale też i nie przemilcza prawdy o Bogu i o człowieku, który nie boi się oskarżać Pana Boga i sądzić Go:


"Ostateczna wymowa Wielkiego Piątku jest taka: człowieku, który sądzisz Boga, który każesz Mu się usprawiedliwić przed twoim trybunałem, pomyśl o sobie, czy to nie ty jesteś odpowiedzialny za śmierć Tego Skazańca, czy sąd nad Bogiem nie jest ostatecznie sądem nad tobą samym? Czy ten sąd i wyrok - krzyż a potem zmartwychwstanie - nie pozostanie dla ciebie jedyną drogą zbawienia?" (s. 67).

Obecność nauki soborowej

W wielu miejscach swej książki Jan Paweł II cytuje obszerne fragmenty dokumentów Soboru Watykańskiego II. Często wraca do Konstytucji Gaudium et spes, do Deklaracji Nostra aetate, gdy omawia problem dialogu chrześcijaństwa z innymi religiami. Powraca do Lumen gentium, gdy pisze o tajemnicy Kościoła. Podkreśla znaczenie soborowej Deklaracji o wolności religijnej Dignitatis humanae. Świadczy to o tym, że zamiarem Papieża jest popularyzowanie nauczania soborowego, co wydaje się głównym zadaniem tego pontyfikatu. Wyznaje Ojciec Święty: "Cieszę się, że moje posługiwanie na Stolicy św. Piotra wypadło w okresie posoborowym [...]" (s. 87). Dodajmy, że jako pasterz Kościoła krakowskiego w czasie Soboru pracował nad przygotowaniem wielu dokumentów, głównie nad Konstytucją Gaudium et spes. Zaraz po Soborze kardynał Wojtyła napisał książkę U podstaw odnowy, w której chciał przybliżyć nauczanie soborowe oraz spłacić dług wdzięczności Bogu za możliwość uczestniczenia w tym wielkim wydarzeniu Kościoła. To właśnie na Soborze arycybiskup krakowski współpracował z wieloma wybitnymi teologami naszego stulecia, między innymi z jezuitą Henrim de Lubac, z którym się zaprzyjaźnił.

Zdaniem Papieża właśnie na tym Soborze uświadomiono sobie ważną rolę osób świeckich w życiu Kościoła: "wspólnotowa odpowiedzialność za Kościół, którą w naszych czasach czują szczególnie mocno ludzie świeccy, jest z pewnością źródłem odnowy" (s. 127). Kościół podczas Soboru nauczył się słuchania i dialogu. Znakiem bogactwa nauki soborowej i odnowy dokonanej po Soborze jest wydany w 1992 roku nowy Katechizm Kościoła katolickiego.

Modlitwa Papieża

Vittorio Messori ma odwagę nazwać Jana Pawła II mistykiem. Najpiękniejsze stronice tej książki to te, na których Jan Paweł II odsłania tajemnicę swojej modlitwy i życia według Ducha Bożego. Wskazuje na to, co jest źródłem jego apostolskiej gorliwości. Papież pisze o modlitwie w sposób bardzo prosty, przypominając, iż jesteśmy synami Boga wezwanymi do życia w radości. Modlitwa jest dziełem chwały, bo "Człowiek jest kapłanem stworzenia" (s. 34). I dodaje Jan Paweł II: "Trzeba się modlić 'błaganiem niewymownym', ażeby wejść w rytm błagań samego Ducha" (s. 34). Ojciec Święty wymienia też wielkich mistrzów modlitwy mistycznej: św. Franciszka, św. Teresę z Avila, św. Jana od Krzyża, św. Ignacego Loyolę i św. Serafina z Sarowa. W innym miejscu podkreśla znaczenie świętych w życiu Kościoła:


"[...] siłą Kościoła na Wschodzie i na Zachodzie poprzez wszystkie epoki są i pozostaną zawsze święci, to znaczy ci, którzy uczynili prawdę Chrystusa swoją własną prawdą, którzy poszli tą drogą, którą jest On sam, którzy żyli życiem, jakie z Niego płynie w Duchu Świętym" (s. 135).

Najczęściej cytowanym przez Jana Pawła II świętym jest wielki mistyk Kościoła św. Jan od Krzyża. Wywarł on ogromny wpływ na kształtowanie się duchowości Karola Wojtyły od wczesnej jego młodości. Problemowi wiary u św. Jana od Krzyża poświęcił on swoją pracę doktorską.

Ci, którzy uczestniczyli we Mszy św. odprawianej przez Papieża w jego prywatnej kaplicy, wiedzą, jak długa i jak intensywna jest jego modlitwa dziękczynna. "Radość i nadzieja a zarazem smutek i trwoga ludzi współczesnych są przedmiotem modlitwy Papieża" (por. s. 36). Jan Paweł II wyznaje, iż modli się za wszystkie Kościoły, w intencji cierpiących i zmarłych.

Troska o człowieka

"Człowiek interesował mnie zawsze" - pisze Jan Paweł II (s. 149). Świadczą o tym dwa jego główne dzieła: Miłość i odpowiedzialność oraz Osoba i czyn, których głównym przesłaniem była prawda, iż "osoba urzeczywistnia się przez miłość" (s. 150). Przekonany, że "człowiek jest drogą Kościoła", Jan Paweł II nie przestał bronić człowieka przed nim samym, zwłaszcza przed źle pojmowaną wolnością. Pisze o tym głównie w encyklice Veritatis splendor.

Papież wnikliwie analizuje zagadnienia racjonalizmu, pozytywizmu i agnostycyzmu w naszym wieku. Wydaje się, iż ten styl myślenia powoli jest przezwyciężany przez niektóre kierunki współczesnej filozofii (np. fenomenologię, jeśli chodzi choćby o doświadczenie religijne człowieka; hermeneutykę i filozofię dialogu). Na tych stronicach (44-46) Papież okazuje się także filozofem i wielkim humanistą chrześcijańskim. Uderza jego znajomość współczesnych kierunków filozofii. W wielu miejscach podkreśla on doniosłość filozofii dialogu wypracowanej w naszym wieku przez E. Levinasa, M. Bubera i F. Rosenzweiga. Przypomina też o aktualności i potrzebie filozofii św. Tomasza z Akwinu, widząc w nim mistrza syntezy filozofii i teologii (por. s. 42). Daje się zauważyć, jak Papieżowi zależy, by między tymi dwoma naukami odbywał się ciągle dialog, owocny dla nich obu.

Papież nie potępia naszej cywilizacji, jak wielu mu to zarzuca. On tylko wskazuje na to, co nie jest w niej "cywilizacją miłości"; demaskuje zakłamania współczesnego świata, demaskuje także wielu tzw. intelektualistów, którzy dużo piszą i mówią o wolności i demokracji, a jednocześnie w imię tych wzniosłych ideałów pozwalają na zabijanie dzieci nie narodzonych (por. s. 152-156). W tym kontekście wspomina Jan Paweł II:


"Kiedy podczas ostatnich odwiedzin w Polsce wybrałem jako temat homilii Dekalog oraz przykazanie miłości, wszyscy polscy zwolennicy 'programu oświeceniowego' poczytali mi to za złe. Papież, który stara się przekonywać świat o ludzkim grzechu, staje się dla tej mentalności persona non grata" (s. 60).

Jan Paweł II uczy chrześcijanina krytycznego patrzenia na postęp i zagrożenia naszego wieku. Papież - powiedzielibyśmy używając języka duchowości ignacjańskiej - daje człowiekowi wierzącemu "reguły o rozeznawaniu duchów", by wobec wielu niebezpieczeństw i zafałszowań pozostał wierny Chrystusowi i Jego Ewangelii.

Trudne pytania

Vittorio Messori stawia Papieżowi trudne pytania o istnienie Boga, o możliwość Jego poznania, o historię zbawienia. Pyta o sens cierpienia, śmierci, o te bolesne problemy, które według wielu ludzi trudno pogodzić z dobrocią Boga (s. 62). Dotyka zagadnienia aktualności eschatologii, pytając o niebo, czyściec i piekło. Włoski dziennikarz porusza też dotkliwy problem rozłamów między wyznawcami Chrystusa, które są zgorszeniem dla wielu ludzi. O dialogu ekumenicznym Papież pisze na wielu stronach (116-122), wskazując na wielki postęp, jaki się w tej dziedzinie dokonał. Nie zabrakło też pytania o kwestie związane z recepcją wymagającej nauki moralnej Kościoła (s. 132). Messori jest świadomy, że podobne pytania stawia sobie wielu współczesnych. Jan Paweł II dziękuje za nie i z wielką prostotą na nie odpowiada, odwołując się często do osobistego doświadczenia wiary, a także do bogatej tradycji myśli chrześcijańskiej zarówno filozoficznej, jak i teologicznej.

Papież zaskakuje nas odkryciem wielu nowych perspektyw. Wobec trudnych i bolesnych problemów umie zachować radość i optymizm.

Chrześcijaństwo religią zbawienia

Chrystus - Odkupiciel człowieka stoi w samym centrum refleksji zawartej w tej publikacji. Człowiek nie powinien się lękać, ponieważ został umiłowany przez Boga i odkupiony przez Chrystusa. Chrześcijaństwo jest według Papieża religią zbawienia: "Aby człowiek uwierzył, że jest zbawiony przez Boga, musi zatrzymać się pod krzyżem Chrystusa" (s. 67). Te podstawowe prawdy naszej wiary zawarł Jan Paweł II w swojej pierwszej, programowej encyklice Redemptor hominis. "Encyklika chce być wielkim hymnem radości na cześć faktu, że człowiek został odkupiony przez Chrystusa" (s. 54). Na kilku stronach Papież wyjaśnia istotę soteriologii chrześcijańskiej.


"Jest to soteriologia krzyża i zmartwychwstania. Bóg, który chce, aby 'człowiek żył' (por. Ez 18, 23), przybliża się do człowieka przez śmierć własnego Syna, aby objawić mu życie, do jakiego jest powołany w samym Bogu" (s. 70).

Dialog Kościoła z wielkimi religiami świata

Temu zagadnieniu Papież poświęca wiele miejsca, korzystając z nauki soborowej o dialogu chrześcijaństwa z innymi religiami, zawartej w deklaracji soborowej Nostra aetate. Papież zwraca uwagę, że Kościół z szacunkiem odnosi się do wyznawców religi i świata, które nierzadko "odbijają promień owej Prawdy, która oświeca wszystkich ludzi" (por. s. 75). Podkreśla też wagę historycznego spotkania w Asyżu w 1986 roku, podczas którego przedstawiciele wielkich religii modlili się razem o pokój.

Jan Paweł II omawia historię dialogu i jego obecny stan; dialog z buddyzmem, który proponuje człowiekowi "soteriologię negatywną": zbawienie przez zanegowanie świata. Przy okazji Papież wskazuje na zasadnicze różnice pomiędzy mistyką św. Jana od Krzyża, która zbudowana jest na Objawieniu chrześcijańskim, a medytacją wschodnią dążącą do nirwany. Jan Paweł II mówiąc o pewnej modzie na medytację wschodnią w określonych środowiskach, zachęca, by najpierw poznać własne duchowe dziedzictwo (por. s. 77-81).

Papież mówi o dialogu chrześcijaństwa z islamem, podziwiając wierność modlitwie wyznawców Mahometa. Wskazuje też na pewne zagrożenia ze strony fundamentalizmu islamskiego, który jednostronnie traktuje wolność religijną. Wspomina też o swoich wizytach w krajach, w których muzułmanie są większością, gdzie był życzliwie i gościnnie przyjmowany, np. podczas spotkania z młodzieżą na stadionie w Casablance (1985 r.) (por. s. 82-84).

Wiele miejsca poświęca Jan Paweł II dialogowi z judaizmem, który bardzo się ożywił po ostatnim Soborze. Dzieło wzajemnego poznawania się i współpracy jest kontynuowane, o czym świadczy pamiętna wizyta Papieża w rzymskiej synagodze oraz nawiązanie stosunków dyplomatycznych pomiędzy Stolicą Apostolską a Izraelem. Jan Paweł II odwołuje się przede wszystkim do swego osobistego doświadczenia z Wadowic, gdzie w szkole podstawowej 1/4 uczniów stanowili chłopcy żydowscy: "Obie grupy religijne, katolików i żydów, łączyła, jak przypuszczam, świadomość, że modlą się do tego samego Boga" (s. 85). Pisze o Oświęcimiu, który jest symbolem holocaustu narodu żydowskiego:


"Oświęcim mówi, iż antysemityzm jest wielkim grzechem przeciw ludzkości. Mówi, że wielkim grzechem przeciw ludzkości jest wszelka nienawiść rasowa, która niechybnie prowadzi do podeptania człowieczeństwa" (s. 86).

Są to ważne stronice, świadczące o postępie w dialogu chrześcijańsko-żydowskim.

Nowa ewangelizacja

Papież wskazuje na dwa dokumenty poświęcone temu zagadnieniu. Najpierw podkreśla znaczenie adhortacji Pawła VI Evangelii nuntiandi. Następnie mówi o swojej encyklice na temat powołania misyjnego całego Kościoła:


"Znamienne jest, że encyklika Redemptoris missio mówi o nowej wiośnie ewangelizacji, a jeszcze bardziej znamienne jest, że encyklika ta została przyjęta z wielkim zadowoleniem, wręcz z entuzjazmem w różnych kręgach. Stała się nową - po Evangelii nuntiandi - syntezą nauki o ewangelizacji współczesnego świata" (s. 97).

Zdaniem Papieża: "Wyczuwa się jakieś szczególne zapotrzebowanie we współczesnym świecie na Ewangelię, w bliskiej już perspektywie roku 2000" (s. 97).

Papież i młodzi

I choć Papież coraz częściej mówi o sobie jako o należącym do tzw. trzeciego wieku i mimo że pomaga sobie laską, to jednak wyczuwa się w nim młodzieńczego ducha. Karl Rahner w jednym ze swoich wywiadów, udzielonym po wizycie Papieża w Wielkiej Brytanii, powiedział, że pośród powszechnego marazmu, jaki tkwi w społecznościach zachodnich, Jan Paweł II wzbudza powszechny zachwyt, także wśród protestantów. Papież widzi w młodych ludziach "olbrzymi potencjał dobra i twórczych możliwości. Potrzeba nam tego młodzieżowego entuzjazmu. Potrzeba nam tej radości życia, którą mają młodzi" (s. 104).

Według Jana Pawła II tajemnicą młodości jest odkrycie miłości:


"Młodzi w gruncie rzeczy szukają zawsze piękna w miłości, chcą, ażeby ich miłość była piękna. Jeśli ulegają swoim słabościom, jeżeli idą za tym wszystkim, co można by nazwać 'zgorszeniem współczesnego świata', a jest ono, niestety, bardzo rozprzestrzenione, to w głębi serca pragną pięknej i czystej miłości" (s. 103).

Maryja

Oczywiście nie brakuje na stronicach tej niezwykłej książki dyskretnej obecności Maryi. Papież daje też świadectwo swej dojrzałej pobożności maryjnej, która jest głęboko chrystocentryczna i trynitarna. Miłości do Maryi i synowskiego zawierzenia Jan Paweł II uczył się na dróżkach w Kalwarii Zebrzydowskiej oraz na Jasnej Górze:


"U swej Pani i Królowej Naród polski szukał przez wieki i szuka nadal oparcia i siły duchowego odrodzenia. Jest to miejsce szczególnej ewangelizacji. Wielkie wydarzenia w życiu Polski są zawsze jakoś z tym miejscem związane. Dawna i współczesna historia mojego Narodu właśnie tam, na Jasnej Górze, znajduje punkt swej szczególnej koncentracji" (s. 158).

Pisząc o Maryi, Papież wspomina dramatyczny dzień 13 maja 1981 r., kiedy to w sposób szczególny doświadczył macierzyńskiej opieki Matki Bożej:


"Czy poprzez całe to wydarzenie jeszcze raz Chrystus nie wypowiedział swojego: 'Nie lękajcie się!'? Czy nie wypowiedział tych paschalnych słów i do Papieża, i do Kościoła, a pośrednio do całej rodziny ludzkiej?" (s. 162).

Przekroczyć próg nadziei jest najlepszym streszczeniem myśli Karola Wojtyły i wielkim skrótem apostolskiego nauczania Jana Pawła II, zawartego już w dziesiątkach tomów "Acta Apostolicae Sedis". Jest ona swoistą "katechezą dorosłych" i zachętą do tego, aby na nowo sięgnąć do encyklik Jana Pawła II, zwłaszcza do Redemptoris missio, w której z tak wielkim zapałem Papież "z dalekiego kraju" pisze o potrzebie nowej ewangelizacji świata. Uczy w niej również profetycznego i kosmicznego patrzenia na historię.

Dla nas, Polaków publikacja ta jest szczególnie ważna także dlatego, że pomaga w lepszym zrozumieniu historii Polski, jak również roli, jaką w niej odegrał i nadal odgrywa Jan Paweł II.

Marek Wójtowicz SJ


Papież: wyzwanie i tajemnica

Ojcze Święty, pierwsze pytanie chce dotknąć samych korzeni. Jest więc rzeczą zrozumiałą, iż będzie nieco dłuższe od pozostałych pytań.
Oto znajduję się przed człowiekiem ubranym na biało, zgodnie z dawnym zwyczajem, i noszącym na piersi krzyż. Muszę stwierdzić, że ten człowiek, którego nazywamy Papieżem (po grecku: ojciec), niezależnie od tego, jakie nosi imię, sam w sobie jest jakąś tajemnicą i znakiem sprzeciwu, lub wręcz prowokacją w świetle tego, czym dla wielu naszych współczesnych są kryteria racjonalności czy zwykłego zdrowego rozsądku.
Istotnie, wobec Papieża trzeba wybierać. Wiara określa Głowę Kościoła katolickiego jako Namiestnika Jezusa Chrystusa (i jako taki przyjmowany jest On przez wierzących). Papież uważany jest więc za człowieka reprezentującego na ziemi Syna Bożego, za człowieka "występującego w imieniu" Drugiej Osoby Trójcy Świętej.
Tak mówi o sobie każdy Papież, oczywiście z wymaganą pokorą, ale nie mniejszą pewnością. Tak wierzą katolicy, którzy nieprzypadkowo nazywają Go Ojcem Świętym, Świątobliwością.
Jednak wielu innych ludzi twierdzi, że to roszczenie jest absurdalne i bezsensowne. Dla nich Papież nie jest przedstawicielem Boga, lecz jakimś przeżytkiem dawnych mitów i legend, których człowiek "dojrzały" dzisiaj nie może akceptować.
Otóż, w obliczu Waszej Świątobliwości - podobnie jak w obliczu każdego Jego poprzednika i następcy - trzeba zrobić "zakład", jak powiedziałby Pascal: Ojciec Święty albo jest tajemniczym znakiem Boga Żywego, albo też jest wyrazem iluzji trwającej od dwóch tysięcy lat.
Jeśli więc można zapytać: czy Wasza Świątobliwość nigdy się nie wahał i nie waha w pewności co do swego szczególnego związku z Jezusem Chrystusem, a więc z Bogiem? Czy nie miał nigdy - oczywiście nie wątpliwości - ale przynajmniej pytań i problemów (co jest rzeczą ludzką) co do prawdziwości tego Credo, które powtarza podczas Mszy Św. - Credo głoszącego przecież wiarę niesłychaną, a której Wasza Świątobliwość jest najwyższym gwarantem?

Myślę, że musimy zacząć od wyjaśniania słów i pojęć. Pańskie pytanie przeniknięte jest z jednej strony żywą wiarą, a z drugiej strony pewnym niepokojem. To muszę zaraz na początku stwierdzić, a stwierdzając to, muszę odwołać się do wyrażenia, które stało u początku mojego posługiwania na Stolicy św. Piotra: "Nie lękajcie się"!

Chrystus wielokrotnie skierował to wezwanie do ludzi, których spotykał. Tak mówił Anioł do Maryi: "Nie lękaj się" (por. Łk 1,30). Tak samo mówił do Józefa: "Nie lękaj się" (por. Mt 1,20). Tak mówił Chrystus do Apostołów, do Piotra, w różnych okolicznościach, a zwłaszcza po swoim zmartwychwstaniu. Mówił: "Nie lękajcie się"! Czuł bowiem, że się lękają. Nie byli pewni, czy Ten, kogo widzą, jest tym samym Chrystusem, którego znali. Lękali się przy Jego pojmaniu, lękali się jeszcze bardziej po Jego zmartwychwstaniu.

Słowa, które wypowiedział Chrystus, powtarza Kościół. A wraz z Kościołem powtarza je Papież, a czyni to od pierwszej homilii na Placu św. Piotra: "Nie lękajcie się". Są wypowiedziane "na kredyt". Jak widać są one głęboko zakorzenione w Ewangelii. Są to po prostu słowa samego Chrystusa.

Czego nie mamy się lękać? Nie mamy się lękać prawdy o nas samych. Tę prawdę zobaczył naocznie Piotr pewnego dnia i powiedział do Jezusa: "Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny" (Łk 5,8).

Myślę, że nie sam Piotr tę prawdę dostrzegł. Dostrzega ją każdy człowiek. Dostrzega ją każdy Następca Piotra. Dostrzega ją w sposób specjalnie wyrazisty ten, który z Panem rozmawia. Każdy z nas jest wdzięczny Piotrowi za to, co powiedział owego dnia: "Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny". Chrystus odpowiedział mu: "Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił" (Łk 5,10). Nie lękaj się ludzi! Człowiek jest zawsze taki, jaki jest. Systemy, które człowiek tworzy są zawsze niedoskonałe, a tym bardziej są niedoskonałe, im człowiek jest bardziej zadufany w sobie. Skąd się to bierze? To bierze się z ludzkiego serca. Nasze serce jest niespokojne. Jego niepokój zna najlepiej sam Chrystus. "On wie, co jest w człowieku" (por. J 2,25).

Tak więc wobec Pańskiego pierwszego pytania pragnę odwołać się do słów Chrystusa, a zarazem do moich pierwszych słów z Placu św. Piotra. A więc: "Nie lękaj się!", gdy cię ludzie nazywają Namiestnikiem Chrystusa, gdy mówią do ciebie: Ojcze Święty, albo też Wasza Świątobliwość, lub używając tym podobnych zwrotów, które zdają się być nawet przeciwne Ewangelii. Przecież Chrystus sam powiedział: "Nikogo [...] nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus" (Mt 23,9-10). Jednakże zwroty te wyrosły na podłożu długiej tradycji. Stały się pewnego rodzaju przyzwyczajeniem językowym i również tych zwrotów nie trzeba się lękać.

Ile razy Chrystus wzywa: "Nie lękajcie się", ma na myśli zawsze i Boga, i człowieka. Chce powiedzieć: Nie lękajcie się Boga, który, według filozofów, jest transcendentnym Absolutem. Nie lękajcie się Boga, owszem, mówcie do Niego wraz ze mną: "Ojcze nasz" (Mt 6,9). Nie lękajcie się mówić: Ojcze! Pragnijcie nawet być doskonałymi, tak jak On i dlatego, że On jest doskonały. Owszem - "Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski" (Mt 5,48).

Chrystus jest sakramentem niewidzialnego Boga. Sakrament oznacza obecność. Bóg jest z nami. Bóg nieskończenie doskonały, nie tylko jest z człowiekiem, ale sam stał się człowiekiem w Jezusie Chrystusie. Nie lękajcie się Boga, który stał się człowiekiem! To właśnie wypowiedział Piotr w pobliżu Cezarei Filipowej: "Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego" (Mt 16,16). Pośrednio mówił: Ty jesteś Syn Boży, który stał się człowiekiem. Piotr nie lękał się tego powiedzieć, chociaż słowa te nie pochodziły od niego. Słowa te pochodziły od Ojca. "Tylko Ojciec zna Syna i tylko Syn zna Ojca" (por. Mt 11, 27).
"Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie" (Mt 16,17). Słowa, które wypowiedział Piotr, wypowiedział je w mocy Ducha Świętego. Kościół także te słowa stale w mocy Ducha Świętego wypowiada.

Tak więc Piotr nie lękał się Boga, który stał się człowiekiem. Natomiast lękał się o Syna Bożego, jako człowieka. Nie mógł bowiem przyjąć, iż będzie on biczowany i cierniem ukoronowany, i w końcu ukrzyżowany. Tego Piotr nie mógł przyjąć. Tego się lękał. I Chrystus za to Piotra surowo skarcił. Ale go nie odrzucił.

Nie odrzucił tego człowieka, który miał dobrą wolę i gorące serce. Tego człowieka, który w Ogrójcu jeszcze dobył miecza, aby bronić swego Mistrza. Jezus powiedział mu tylko: "Szatan pożądał was - a więc i ciebie - aby przesiać was jak pszenicę, ale Ja prosiłem za tobą [...]. Ty nawróciwszy się, utwierdzaj swoich braci w wierze" (por. Łk 22,31-32). A więc Chrystus nie odrzucił Piotra, docenił jego wyznanie w okolicach Cezarei Filipowej i mocą Ducha Świętego przeprowadził go przez swoją własną mękę oraz jego własne zaparcie.

Piotr jako człowiek dowiódł, że nie jest zdolny pójść za Chrystusem wszędzie, a zwłaszcza na śmierć. Po zmartwychwstaniu jednak on był pierwszym spośród Apostołów, który przybiegł do grobu wraz z Janem, by stwierdzić, że nie ma Ciała Chrystusowego.

Po zmartwychwstaniu też Chrystus potwierdził Piotrowi jego misję. Powiedział mu w sposób bardzo wymowny: "Paś baranki moje! [...] Paś owce moje!" (J 21,15.16). A przedtem pytał Piotra, czy Go miłuje. Piotr, który zaparł się Chrystusa, nie przestał Go jednak miłować i mógł odpowiedzieć: "Ty wiesz, że Cię kocham" (J 21,15). Ale nie powtórzył już: "Choćby mi przyszło umrzeć z Tobą, nie wyprę się Ciebie" (Mt 26,35). To już nie była sprawa samego Piotra i jego zwykłych ludzkich sił; to pozostało sprawą Ducha Świętego, obiecanego przez Chrystusa temu, który miał Go zastępować na ziemi.

Istotnie, w dzień Pięćdziesiątnicy Piotr pierwszy przemówił do zgromadzonych Żydów i przybyszów z różnych stron, mówił o winie, jaką popełnili ci, którzy Chrystusa przybili do krzyża oraz potwierdzał prawdę Jego zmartwychwstania. Wzywał też do nawrócenia i do chrztu. A więc dzięki działaniu Ducha Świętego Chrystus mógł zawierzyć Piotrowi, mógł oprzeć się na nim - na nim i na wszystkich innych Apostołach - wraz z Pawłem, który jeszcze wtedy był prześladowcą chrześcijan i nienawidził imienia Jezusa.

Na tym tle, a jest to tło historyczne, wszystkie takie wyrażenia jak: "Zastępca Chrystusa", "Wasza Świątobliwość", "Ojciec Święty" - są mało ważne. Ważne jest to, co wynika ze śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Ważne jest to, co pochodzi z mocy Ducha Świętego. W tej dziedzinie Piotr, a wraz z nim inni Apostołowie, z kolei zaś Paweł po swoim nawróceniu, stali się autentycznymi świadkami Chrystusa, aż do przelania krwi.

Ostatecznie więc Piotr jest tym, który nie tylko nie zaparł się już więcej Chrystusa, nie powtórzył swego nieszczęsnego: "Nie znam tego Człowieka" (Mt 26,72), ale do końca wytrwał w wierze. "Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego" (Mt 16,16). W ten sposób stał się "skałą", chociaż jako człowiek był może lotnym piaskiem. Skałą jest Chrystus sam, a Chrystus buduje swój Kościół na Piotrze. Na Piotrze, Pawle i Apostołach. Kościół jest apostolski w mocy Chrystusa.

Ten Kościół wyznaje: "Ty jesteś Chrystus, Syn Boga żywego". Kościół wyznaje tak poprzez wieki i stulecia wraz ze wszystkimi, którzy dzielą jego wiarę. Wraz ze wszystkimi, którym Ojciec objawił w Duchu Świętym Syna, tak jak Syn w Duchu Świętym objawił im Ojca (por. Mt 11,25-27).

To objawienie jest definitywne, można je tylko przyjąć lub odrzucić. Można przyjąć je, wyznając Boga Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, i Jezusa Chrystusa, Syna współistotnego Ojcu oraz Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela - albo można też odrzucić to wszystko, wypisać wielkimi literami: "Bóg nie ma Syna", "Jezus Chrystus nie jest Synem Bożym, jest tylko jednym z proroków i to nie ostatnim, jest tylko człowiekiem". Czy można się dziwić temu stanowisku, gdy wiemy, że i Piotr sam miał tutaj trudności? Wierzył w Syna Bożego, ale nie mógł przyjąć, że ten Syn Boży, jako człowiek, będzie ubiczowany, cierniem ukoronowany i umrze na krzyżu.

Czy można się dziwić, że nawet wyznawcom jedynego Boga, którego Abraham był świadkiem, trudno jest przyjąć wiarę w Boga ukrzyżowanego? Uważają, że Bóg może być tylko potężny i wspaniały, absolutnie transcendentny i piękny w swojej mocy, święty i nieosiągalny dla człowieka. Bóg może być tylko taki! Nie może On być Ojcem i Synem, i Duchem Świętym. Nie może być Miłością, która siebie daje, która siebie pozwala widzieć, słyszeć i naśladować jako człowiek, która siebie pozwala krępować, bić po twarzy i krzyżować. To nie może być Bóg...! Tak więc w samym środku wielkiej monoteistycznej tradycji jest obecne takie głębokie rozdarcie.

W Kościele - zbudowanym na Opoce, którą jest Chrystus - Piotr, Apostołowie i ich następcy są świadkami Boga ukrzyżowanego i zmartwychwstałego w Chrystusie. Są w ten sposób świadkami Życia, które jest potężniejsze od śmierci. Są świadkami Boga, który daje życie, ponieważ jest Miłością (por. 1 J 4,8). Są świadkami, ponieważ widzieli, słyszeli i dotykali - rękami, oczyma i uszami Piotra, Jana i tylu innych. Ale Chrystus powiedział do Tomasza: "Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli" (J 20,29).

Tak więc Pan słusznie mówi, że Papież jest tajemnicą. Słusznie mówi Pan także, że jest on znakiem sprzeciwu, że jest on prowokacją. O samym Chrystusie powiedział starzec Symeon, że będzie "znakiem, któremu sprzeciwiać się będą" (por. Łk 2,34).

Twierdzi Pan również, że wobec tej prawdy - więc wobec Papieża - trzeba wybierać, a wybór dla wielu nie jest łatwy. Czy ten wybór był łatwy dla Piotra samego? Czy jest łatwy dla każdego z jego następców? Czy jest łatwy dla obecnego Papieża? Wybór, to znaczy inicjatywa człowieka. Chrystus jednak mówi: "nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój" (Mt 16,17). Wybór jest więc nie tylko inicjatywą człowieka, jest również działaniem Boga, który działa w człowieku, który objawia. I w mocy tego Bożego działania człowiek może powtarzać: "Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego" (Mt 16,16) i może potem wypowiadać całe Credo, które jest wewnętrznie spojone dogłębną logiką Objawienia. Może także przypominać sobie i innym te wymagania, które płyną z tejże samej logiki wiary i są przeniknięte tym samym blaskiem prawdy. Może to wszystko czynić, chociaż wie, że stanie się przez to "znakiem sprzeciwu".

Cóż takiemu człowiekowi zostaje? Zostają mu tylko słowa samego Jezusa skierowane do Apostołów: "Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować. Jeżeli moje słowo zachowali, to i wasze będą zachowywać" (J 15,20). A więc: "Nie lękajcie się!" Nie lękajcie się tajemnicy Boga, nie lękajcie się Jego miłości i nie lękajcie się słabości człowieka, ani też jego wielkości! Człowiek nie przestaje być wielkim nawet w swojej słabości. Nie lękajcie się być świadkami godności każdej ludzkiej osoby - od chwili poczęcia aż do śmierci.

Jeszcze jeżeli chodzi o określenia: Papież zwany jest również Namiestnikiem Chrystusa. Trzeba to określenie wypowiadać w pełnym kontekście Ewangelii. Przed wniebowstąpieniem Jezus powiedział Apostołom: "Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata" (Mt 28,20). Chociaż niewidzialny, jest więc On obecny osobiście w swym Kościele. Jest także obecny w każdym chrześcijaninie w mocy chrztu i pozostałych sakramentów. Dlatego już Ojcowie Kościoła zwykli mawiać: "Christianus alter Christus" (chrześcijanin jest drugim Chrystusem), pragnąc przez to podkreślić godność ochrzczonego i jego powołanie w Chrystusie do świętości.

Ponadto, Chrystus urzeczywistnia szczególną obecność w każdym kapłanie, który sprawując Eucharystię lub będąc szafarzem sakramentów, czyni to in persona Christi.

W tej perspektywie określenie "Namiestnik Chrystusa" nabiera prawdziwego sensu. Wskazuje nie tyle na godność, co na służbę: pragnie podkreślić zadania Papieża w Kościele, jego posługę Piotrową, mającą na celu dobro Kościoła i wiernych. Pojął to doskonale św. Grzegorz Wielki, który pośród wszystkich tytułów związanych z funkcją Biskupa Rzymu wyróżniał tytuł Servus servorum Dei (Sługa sług Bożych). Nie tylko zresztą Papież bywa obdarzany tym tytułem. Każdy Biskup jest Vicarius Christi w stosunku do powierzonego mu Kościoła. Papież jest nim w stosunku do Kościoła rzymskiego, a poprzez niego w stosunku do wszystkich Kościołów, które mają z nim wspólnotę - wspólnotę wiary i wspólnotę instytucjonalną, kanoniczną. Tytuł ten określa godność Biskupa Rzymu, ale godności tej nie można brać w oderwaniu. Jest ona związana najściślej z godnością całego Kolegium Biskupiego, jak również z godnością każdego Biskupa, każdego kapłana i każdego ochrzczonego.

A jakąż szczególną godność mają osoby konsekrowane, kobiety i mężczyźni, którzy jako swe powołanie wybierają urzeczywistnianie oblubieńczego wymiaru Kościoła, oblubienicy Chrystusa! Chrystus, Odkupiciel świata i człowieka, jest Oblubieńcem Kościoła i wszystkich w Kościele - "jest z wami oblubieniec" (por. Mt 9,15). Szczególnym zadaniem Papieża jest wyznawać tę prawdę, a także uobecniać ją w pewien sposób wobec Kościoła, który jest w Rzymie i wobec całego Kościoła, ludzkości i świata.

Tak więc, aby w pewnej mierze rozproszyć Pańskie obawy podyktowane zresztą głęboką wiarą, radziłbym lekturę św. Augustyna. Ileż razy zwykł on powtarzać: "Vobis sum episcopus, vobiscum christianus" (Dla was jestem biskupem, z wami jestem chrześcijaninem; por. np. Sermo 340,1: PL 38,1483)! Zastanawiając się dobrze, o ileż więcej znaczy to christianus niż episcopus - nawet gdyby chodziło o Biskupa Rzymu.


Modlić się: jak i dlaczego


Niech mi więc będzie wolno poprosić Waszą Świątobliwość, by zechciał odsłonić nam przynajmniej część tajemnicy swego serca. Wobec przekonania, że w Jego osobie - podobnie jak w przypadku każdego Papieża - obecna jest tajemnica, którą przyjmujemy dzięki wierze, rodzi się spontanicznie pytanie: jak Wasza Świątobliwość dźwiga tego rodzaju ciężar, po ludzku biorąc nie do udźwignięcia? Żaden człowiek na ziemi, nawet najwyżsi przedstawiciele poszczególnych religii nie mają tego rodzaju odpowiedzialności: nikt bowiem nie wchodzi w tak ścisłą relację z Bogiem.
Jeśli można zapytać: jak Wasza Świątobliwość zwraca się do Chrystusa? W jaki sposób prowadzi na modlitwie dialog z tym Chrystusem, który powierzył Piotrowi (aby dotarły aż do Waszej Świątobliwości, dzięki sukcesji apostolskiej) "klucze Królestwa niebieskiego", udzielając mu władzy "wiązania i rozwiązywania"?

Pyta Pan o modlitwę, pyta Pan Papieża o to, jak się modli. Bardzo dziękuję za to pytanie. Może zaczniemy od tego, co św. Paweł pisze w Liście do Rzymian. Myślę, że Apostoł trafia in medias res, kiedy mówi: "Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami" (8,26).

Co to jest modlitwa? Najpowszechniej się mniema, że to jest rozmowa. W rozmowie zawsze jest: "ja" i "ty", w tym wypadku "Ty" pisane przez duże T. Początkowo doświadczenie modlitwy uczy, że "ja" wydaje się tu wiodące. Potem przekonujemy się, że naprawdę jest inaczej. Wiodące jest " Ty", w którym bierze początek nasza modlitwa. Tego właśnie uczy św. Paweł w Liście do Rzymian. Dla Pawła modlitwa jest odzwierciedleniem całej stworzonej rzeczywistości, jest poniekąd funkcją kosmiczną.

Człowiek jest kapłanem całego stworzenia, przemawia w jego imieniu, ale przemawia o tyle, o ile prowadzi go Duch. Cały ten fragment Listu do Rzymian należałoby rozważyć, aby wejść w głębię tego, czym jest modlitwa. Czytamy: "stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych. Stworzenie bowiem zostało poddane marności - nie z własnej chęci, ale ze względu na Tego, który je poddał - w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych. Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia. Lecz nie tylko ono, ale i my sami, którzy już posiadamy pierwsze dary Ducha, i my również całą istotą swoją wzdychamy, oczekując (przybrania za synów) - odkupienia naszego ciała. W nadziei bowiem już jesteśmy zbawieni" (8,19-24). I tu spotykamy się z poprzednio już zacytowanymi słowami, gdzie Apostoł stwierdza: "Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami" (8,26).

Tak więc w modlitwie najważniejszy jest Bóg. Najważniejszy jest Chrystus, który stale wyzwala stworzenie z niewoli zepsucia i prowadzi ku wolności, ku chwale dzieci Bożych. Najważniejszy jest Duch Święty, który "przychodzi z pomocą naszej słabości". Modlitwę zawsze zaczynamy z myślą, że to jest nasza inicjatywa. Tymczasem jest to zawsze Boża inicjatywa w nas. Dokładnie tak, jak pisze św. Paweł. Ta inicjatywa przywraca nam nasze własne człowieczeństwo, przywraca nam naszą szczególną godność. Owszem, wprowadza nas w wyższą godność dzieci Bożych, synów Bożych, którzy są oczekiwaniem całego stworzenia.

Modlić się można i trzeba na różne sposoby, tak jak obficie pouczyła nas o tym Biblia. Księga Psalmów jest wciąż niezastąpiona. Trzeba się modlić "błaganiem niewymownym", ażeby wejść w rytm błagań samego Ducha. Trzeba błagać o przebaczenie, włączając się w to wielkie wołanie Chrystusa Odkupiciela (por. Hbr 5,7). Poprzez to wszystko trzeba głosić chwałę. Modlitwa jest zawsze opus gloriae (dziełem chwały). Człowiek jest kapłanem stworzenia. Chrystus potwierdził mu tę godność i to powołanie. Stworzenie spełnia swoje opus gloriae przez to, że jest, czym jest i czym się staje.

Nauka i technika też w pewien sposób służą temu samemu celowi. Jednakże o ile są dziełem rąk ludzkich, mogą od tego celu odwodzić. Zachodzi obawa, że współcześnie nasila się to w naszej cywilizacji, dlatego tej cywilizacji tak trudno być cywilizacją życia i miłości. Brakuje w niej właśnie tego opus gloriae, podstawowego przeznaczenia wszystkich stworzeń, a zwłaszcza człowieka, który został stworzony, aby w Chrystusie stawać się dla tych stworzeń kapłanem, prorokiem i królem.

O modlitwie napisano bardzo dużo. Jeszcze więcej niż napisano, doświadczono modlitwy w dziejach rodzaju ludzkiego, a zwłaszcza w dziejach Izraela, a także w dziejach chrześcijaństwa. Pełnię modlitwy osiąga człowiek nie wtedy, kiedy najbardziej wyraża siebie, ale wtedy, gdy w niej najpełniej staje się obecny sam Bóg. Świadczą o tym dzieje modlitwy mistycznej na Wschodzie i na Zachodzie: św. Franciszek, św. Teresa z Avila, św. Jan od Krzyża, św. Ignacy Loyola, a na Wschodzie na przykład św. Serafin z Sarowa i wielu innych.



Dar i Tajemnica

Bardzo żywo wspominam...

Bardzo żywo wspominam uroczyste spotkanie, jakie z inicjatywy Kongregacji ds. Duchowieństwa odbyło się w Watykanie jesienią ubiegłego roku (27 października 1995) z okazji trzydziestej rocznicy soborowego Dekretu Presbyterorum ordinis. W podniosłym nastroju, jaki panował wśród zgromadzonych, wielu kapłanów mówiło o swoim powołaniu. Ja również podzieliłem się swoim świadectwem, uznałem bowiem, że jest to piękna i potrzebna forma posługi, jaką oddają sobie kapłani w obecności Ludu Bożego ku wzajemnemu zbudowaniu.

To, co wówczas powiedziałem, znalazło pozytywny oddźwięk. W rezultacie z wielu stron usilnie mnie proszono, bym raz jeszcze powrócił do tematu mego powołania i szerzej go omówił przy okazji Jubileuszu kapłaństwa.

Muszę wyznać, że w pierwszej chwili propozycja ta wywołała we mnie zrozumiały opór. Później jednak uznałem, że należy przyjąć to zaproszenie, gdyż wiąże się ono z pewnym aspektem posługi Piotrowej. Zainspirowany kilkoma pytaniami, sformułowanymi przez pana dr. Gian Franco Svidercoschiego, które w jakiś sposób kształtowały wątek tych rozważań, oddałem się wspomnieniom, nie próbując bynajmniej stworzyć zapisu ściśle dokumentalnego.

To wszystko, o czym tu mówię, nie dotyczy jedynie zewnętrznych wydarzeń, ale sięga do korzeni moich najgłębszych i najbardziej osobistych przeżyć i doświadczeń. Wspominam je, a nade wszystko dziękuję Bogu: Misericordias Domini in aeternum cantabo! Zapis ten ofiaruję kapłanom i Ludowi Bożemu jako świadectwo miłości.




I. U początków... tajemnica!


Historia mojego powołania kapłańskiego? Historia ta znana jest przede wszystkim Bogu samemu. Każde powołanie kapłańskie w swej najgłębszej warstwie jest wielką tajemnicą, jest darem, który nieskończenie przerasta człowieka. Każdy z nas kapłanów doświadcza tego bardzo wyraźnie w całym swoim życiu. Wobec wielkości tego daru czujemy, jak bardzo do niego nie dorastamy.

Powołanie jest tajemnicą Bożego wybrania: "Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał" (J 15,16). "I nikt sam sobie nie bierze tej godności, lecz tylko ten, kto jest powołany przez Boga jak Aaron" (Hbr 5,4).

"Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię, prorokiem dla narodów ustanowiłem cię" (Jr 1,5). Te natchnione słowa muszą przejąć głębokim drżeniem każdą kapłańską duszę.

Dlatego też, gdy w różnych okolicznościach - na przykład z okazji kapłańskich jubileuszy - mówimy o kapłaństwie i dajemy o nim świadectwo, winniśmy to czynić w postawie wielkiej pokory, świadomi, iż Bóg nas "wezwał świętym powołaniem nie na podstawie naszych czynów, lecz stosownie do własnego postanowienia i łaski" (2 Tm 1,9). Równocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, że ludzkie słowa nie są w stanie udźwignąć ciężaru tajemnicy, jaką kapłaństwo w sobie niesie.

Wydaje mi się, iż ten krótki wstęp jest konieczny, aby we właściwy sposób zrozumieć to, co będę mówił o mojej drodze do kapłaństwa.

Pierwsze oznaki powołania


Kiedy byłem w gimnazjum, Książę Adam Stefan Sapieha, Arcybiskup Metropolita Krakowski wizytował naszą parafię w Wadowicach. Mój katecheta, ks. Edward Zacher zlecił mi zadanie przywitania Księcia Metropolity. Miałem więc po raz pierwszy w życiu sposobność, ażeby stanąć przed tym człowiekiem, którego wszyscy otaczali wielką czcią. Wiem też, że po moim przemówieniu Arcybiskup zapytał katechetę, na jaki kierunek studiów wybieram się po maturze. Ks. Zacher odpowiedział: "idzie na polonistykę". Na co Arcybiskup miał powiedzieć: "szkoda, że nie na teologię".

Na tamtym etapie życia moje powołanie kapłańskie jeszcze nie dojrzało, chociaż wielu z mojego otoczenia przypuszczało, że mógłbym pójść do seminarium duchownego. Jeżeli młody człowiek o tak wyraźnych skłonnościach religijnych nie szedł do seminarium, to mogło to rodzić domysły, że wchodzi tu w grę sprawa jakichś innych miłości czy zamiłowań. Miałem w szkole wiele koleżanek i kolegów, byłem związany z pracą w szkolnym teatrze amatorskim, ale nie to było decydujące. W tamtym okresie decydujące wydawało mi się nade wszystko zamiłowanie do literatury, a w szczególności do literatury dramatycznej i do teatru. Zamiłowaniu do teatru dał początek starszy ode mnie polonista Mieczysław Kotlarczyk. Był on prawdziwym pionierem amatorskiego teatru o wielkich ambicjach repertuarowych.

Studia na Uniwersytecie Jagiellońskim


W maju 1938 roku zdałem egzamin dojrzałości i zgłosiłem się na Uniwersytet, na filologię polską. W związku z tym obaj z Ojcem wyprowadziliśmy się z Wadowic do Krakowa. Zamieszkaliśmy w domu przy ulicy Tynieckiej 10 na Dębnikach. Dom należał do moich krewnych ze strony matki. Rozpocząłem studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego - na filologii polskiej, zdołałem jednak ukończyć tylko pierwszy rok tych studiów, gdyż 1 września 1939 roku wybuchła druga wojna światowa.

W związku ze studiami pragnę podkreślić, że mój wybór polonistyki był umotywowany wyraźnym nastawieniem na studiowanie literatury. Jednakże już pierwszy rok studiów skierował moją uwagę w stronę języka. Studiowaliśmy gramatykę opisową współczesnej polszczyzny, z kolei gramatykę historyczną, ze szczególnym uwzględnieniem języka starosłowiańskiego. To wprowadziło mnie w zupełnie nowe wymiary, żeby nie powiedzieć w misterium słowa.

Słowo, zanim zostanie wypowiedziane na scenie, żyje naprzód w dziejach człowieka, jest jakimś podstawowym wymiarem jego życia duchowego. Jest wreszcie ukierunkowaniem na niezgłębioną tajemnicę Boga samego. Odkrywając słowo poprzez studia literackie czy językowe, nie mogłem nie przybliżyć się do tajemnicy Słowa - tego Słowa, o którym mówimy codziennie w modlitwie "Anioł Pański : "Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas" (J 1,14). Później zrozumiałem, że te studia polonistyczne przygotowywały we mnie grunt pod inny kierunek zainteresowań i studiów: mam na myśli filozofię i teologię.

Wybuch drugiej wojny światowej


Ale teraz wróćmy do 1 września 1939 roku. Wybuch wojny zmienił w sposób dość zasadniczy sytuację w moim życiu. Wprawdzie profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego usiłowali rozpocząć nowy rok akademicki, ale zajęcia trwały tylko do 6 listopada 1939 roku. W tym dniu władze niemieckie zwołały wszystkich profesorów na zebranie, które zakończyło się wywiezieniem tych czcigodnych ludzi nauki do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Na tym urywa się w moim życiu okres studiów polonistycznych i rozpoczyna się okres okupacji niemieckiej, w czasie której starałem się najpierw dużo czytać i pisać. Właśnie w tym okresie powstały moje pierwsze młodzieńcze utwory literackie.

Aby uchronić się przed wywózką na przymusowe roboty do Niemiec, jesienią roku 1940 zacząłem pracę jako robotnik fizyczny w kamieniołomie, związanym z fabryką chemiczną Solvay. Kamieniołom znajdował się na Zakrzówku, około pół godziny drogi od mojego domu na Dębnikach. Chodziłem więc codziennie do pracy w tym kamieniołomie, o którym później napisałem utwór poetycki. Kiedy po latach odczytuję go, w kontekście tamtego szczególnego doświadczenia wydaje mi się on pełen ekspresji:


Słuchaj, kiedy stuk młotów miarowy i tak bardzo swój
przenoszę wewnątrz ludzi, by badać siłę uderzeń -
słuchaj, prąd elektryczny kamienistą rozcina rzekę -
a we mnie narasta myśl, narasta dzień po dniu,
że cała wielkość tej pracy znajduje się wewnątrz człowieka..

(Kamieniołom: I, Tworzywo, 1)

Byłem wówczas świadkiem, jak przy wybuchu kamienie zabiły robotnika i to zrobiło na mnie bardzo głębokie wrażenie:


Wzięli ciało, szli milczącym szeregiem.
Trud jeszcze zstępował od niego i jakaś krzywda...

(Kamieniołom: IV, Pamięci towarzysza pracy, 2.3)

Odpowiedzialni za kamieniołom, którzy byli Polakami, starali się nas studentów ochraniać od najcięższych prac. Tak więc, na przykład, przydzielono mnie do pomocy tak zwanemu strzałowemu. Nazywał się on Franciszek Łabuś. Wspominam go dlatego, że nieraz tak się do mnie odzywał: "Karolu, wy to byście poszli na księdza. Dobrze byście śpiewali, bo macie ładny głos i byłoby wam dobrze...". Mówił to z całą poczciwością, dając wyraz dość rozpowszechnionym w społeczeństwie poglądom na temat stanu kapłańskiego. Te słowa starego robotnika zachowały się w mojej pamięci.

Teatr słowa


W tamtym okresie pozostawałem w kontakcie z teatrem słowa, który stworzył Mieczysław Kotlarczyk i był jego animatorem w konspiracji. Początki tego teatru wiążą się z moim mieszkaniem, do którego Kotlarczyk wraz z żoną Zofią wprowadził się po przedarciu się z Wadowic do Generalnej Guberni. Mieszkaliśmy razem: ja jako pracownik fizyczny i on także zatrudniony początkowo jako tramwajarz, a potem jako urzędnik w jakimś biurze. Mieszkając razem mogliśmy kontynuować nie tylko nasze rozmowy o teatrze, ale także konkretne realizacje, które przybrały właśnie charakter teatru słowa. Był to teatr bardzo prosty. Strona dekoracyjna i widowiskowa była zredukowana do minimum, natomiast wszystko koncentrowało się na recytacji poetyckiego tekstu.

Spotkania teatru słowa odbywały się w wąskim gronie znajomych, zaproszonych gości szczególnie zainteresowanych literaturą i równocześnie "wtajemniczonych". Zachowanie tajności wokół tych teatralnych spotkań było nieodzowne, w przeciwnym razie groziły nam wszystkim surowe kary ze strony władz okupacyjnych - najprawdopodobniej wywózka do obozu koncentracyjnego. Muszę przyznać, że całe to szczególne doświadczenie teatralne zapisało się bardzo głęboko w mojej pamięci, chociaż od pewnego momentu zdawałem sobie sprawę, że teatr nie byt moim powołaniem.




II. Decyzja wstąpienia do seminarium


Jesienią roku 1942 powziąłem ostateczną decyzję wstąpienia do Krakowskiego Seminarium Duchownego, które działało w konspiracji. Przyjął mnie ks. Rektor Jan Piwowarczyk. Fakt ten miał jednak pozostać w najściślejszej tajemnicy, nawet wobec osób najbliższych. Rozpocząłem studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, który także działał w konspiracji, pracując nadal fizycznie jako robotnik w Solvayu.

W okresie okupacyjnym Arcybiskup Metropolita założył konspiracyjne Seminarium Duchowne, umieszczając je pod dachem swojej rezydencji. W każdej chwili groziło to zarówno przełożonym, jak i klerykom surowymi represjami ze strony władz niemieckich. Przebywałem w tym szczególnym seminarium, pod bokiem umiłowanego Księcia Metropolity, począwszy od września 1944 roku i tam doczekałem wraz z kolegami dnia 18 stycznia 1945 roku, dnia - a raczej nocy - wyzwolenia. W nocy bowiem Armia Czerwona dotarła w okolice Krakowa. Cofający się Niemcy wysadzili most Dębnicki. Pamiętam tę straszliwą detonację, pod wpływem której w rezydencji arcybiskupiej wyleciały wszystkie szyby w oknach. Byliśmy wtedy w kaplicy, na nabożeństwie, w którym uczestniczył Ksiądz Arcybiskup. Następnego dnia zabraliśmy się do naprawiania szkód.

Muszę jednak wrócić do długich miesięcy, które poprzedziły wyzwolenie. jak już wspomniałem, przebywałem wraz z innymi kolegami w rezydencji Księdza Arcybiskupa. Na samym początku przedstawił nam młodego kapłana, który miał być dla nas Ojcem Duchownym. Był nim ks. Stanisław Smoleński, po studiach rzymskich, człowiek wielkiej duchowości, obecnie emerytowany Biskup pomocniczy w Krakowie. Ks. Smoleński rozpoczął z nami regularną pracę nad przygotowaniem do kapłaństwa. Wcześniej mieliśmy tylko jednego przełożonego-prefekta, którym był ks. Kazimierz Kłósak, profesor filozofii po studiach w Louvain, człowiek, który imponował nam swoją ascezą i dobrocią. Podlegał bezpośrednio samemu Księciu Metropolicie, tak jak i całe nasze podziemne Seminarium. Po wakacjach roku 1945, jako następca ks. Jana Piwowarczyka, został zamianowany rektorem wadowiczanin, ks. Karol Kozłowski, w okresie przedwojennym Ojciec Duchowny w Seminarium, w którym mu upłynęło prawie całe życie kapłańskie.

Tak więc mijał czas formacji seminaryjnej. W sposób konspiracyjny, pracując fizycznie jako robotnik, ukończyłem dwa pierwsze lata, to znaczy te, które w curriculum studiów poświęcone są filozofii. Lata następne - 1944 i 1945 - łączyły się ze studiami na Uniwersytecie Jagiellońskim, chociaż pierwszy rok powojenny był jeszcze bardzo niekompletny. Normalny był dopiero rok akademicki 1945/1946. Na Wydziale Teologicznym miałem szczęście spotkać tak wytrawnych profesorów, jak na przykład ks. Władysław Wicher, profesor teologii moralnej, czy ks. Ignacy Różycki, profesor teologii dogmatycznej, który wprowadził mnie w naukowy warsztat teologiczny. Dzisiaj obejmuję wdzięczną myślą wszystkich moich Przełożonych, Ojców Duchownych i Profesorów, którzy na etapie życia seminaryjnego kształtowali moje powołanie. Niech im Pan wynagrodzi ich trud i poświęcenie!

Na początku piątego roku studiów zostałem skierowany przez Księdza Arcybiskupa na dalsze studia do Rzymu. W związku z tym, wcześniej od moich kolegów z roku, otrzymałem święcenia kapłańskie dnia 1 listopada roku 1946. Rocznik nasz był oczywiście nieliczny: było nas wszystkich siedmiu. Obecnie żyje nas jeszcze trzech. Właśnie ta okoliczność, że stanowiliśmy tak nieliczny zespół, pozwoliła zawiązać głębokie więzi koleżeństwa i przyjaźni. Odnosi się to również w jakiś sposób do naszych Przełożonych i Profesorów, zarówno z okresu konspiracyjnego, jak też z krótkiego okresu jawnych studiów na Uniwersytecie.

Wakacje kleryckie


Od czasu kiedy nawiązałem kontakt z Seminarium, otwarła się nowa możliwość spędzania wakacji. Zostałem skierowany przez Księdza Arcybiskupa do podkrakowskiej parafii w Raciborowicach. Nie mogę nie wyrazić głębokiej wdzięczności dla proboszcza raciborowickiego, ks. Józefa Jamroza i dla księży wikarych, którzy byli towarzyszami życia młodego tajnego seminarzysty. Wspominam zwłaszcza ks. Franciszka Szymonka, który potem w czasach terroru stalinowskiego był oskarżony w procesie pokazowym Kurii Krakowskiej i skazany na śmierć. Na szczęście po pewnym czasie został ułaskawiony. Wspominam także ks. Adama Bielę, mojego starszego kolegę z gimnazjum wadowickiego. Dzięki tym młodym kapłanom mogłem się zapoznać z życiem religijnym całej parafii.

Niedługo potem na terenie wsi Bieńczyce, która należała do parafii w Raciborowicach, wyrosło olbrzymie osiedle związane z Nową Hutą. Przebywałem tam wiele dni w czasie wakacji, zarówno w roku 1944, jak też w roku 1945, po zakończeniu wojny. Wiele czasu spędzałem w starym raciborowickim kościele, pochodzącym jeszcze z czasów Jana Długosza. Wiele godzin przemedytowałem spacerując po cmentarzu. Przywoziłem do Raciborowic także swój warsztat studiów - tomy św. Tomasza z komentarzami. Uczyłem się teologii niejako w samym "centrum" wielkiej teologicznej tradycji. Pisałem już wówczas pracę o św. Janie od Krzyża. Kierownictwo tej pracy w Krakowie, już po otwarciu Uniwersytetu, przyjął ks. prof. Ignacy Różycki. Skończyłem ją natomiast na Angelicum, pod kierownictwem o. prof. Garrigou-Lagrange'a.

Kardynał Adam Stefan Sapieha


W całej naszej formacji i przygotowaniu do kapłaństwa w szczególny sposób zaznaczyła się wielka postać Księcia Metropolity, późniejszego Kardynała Adama Stefana Sapiehy, którego wspominam ze wzruszeniem i wdzięcznością. Jego wpływ był tym większy, że w okresie przejściowym, zanim udało się powrócić do budynku seminaryjnego, mieszkaliśmy w jego rezydencji i spotykaliśmy się z nim na co dzień. Metropolita Krakowski został powołany do kolegium kardynalskiego zaraz po zakończeniu wojny, w wieku stosunkowo późnym. Całe społeczeństwo przyjęło tę nominację jako wyraz uznania dla tego wielkiego człowieka, który podczas okupacji był właściwie jedynym przedstawicielem narodu, wyrażającym jego godność w sposób przejrzysty dla wszystkich.

Pamiętam ten dzień marcowy, w Wielkim Poście, kiedy Arcybiskup wrócił z Rzymu z świeżo otrzymanym kapeluszem kardynalskim. Studenci wzięli na barki jego samochód i przenieśli do Kościoła Mariackiego, co było wyrazem uniesienia religijnego i patriotycznego, które ta kreacja kardynalska wzbudziła w społeczeństwie.






--------------------------------------------------------------------------------

X. Do Braci w kapłaństwie

Kończąc to świadectwo o moim powołaniu kapłańskim, pragnę zwrócić się do wszystkich Braci w kapłaństwie - do wszystkich bez wyjątku! Czynię to słowami św. Piotra: "Bracia, bardziej jeszcze starajcie się umocnić wasze powołanie i wybór! To bowiem czyniąc nie upadniecie nigdy" (por. 2 P 1,10-11). Kochajcie wasze kapłaństwo! Bądźcie mu wierni aż do końca! Umiejcie dostrzec w nim ów ewangeliczny skarb, za który warto dać wszystko (por. Mt 13,44).

W szczególny zaś sposób zwracam się do tych, którzy przeżywają okres trudności czy wręcz kryzysu swego powołania. Chciałbym, aby to moje osobiste świadectwo - świadectwo kapłana i Biskupa Rzymu, który obchodzi swój Złoty Jubileusz święceń, było dla was pomocą i zachętą do wierności. Pisałem te słowa myśląc o każdym z was, każdego z was obejmując moją modlitwą.

Pupilla oculi


Miałem na uwadze także młodych seminarzystów przygotowujących się do kapłaństwa. Każdy biskup wraca często myślą i sercem do seminarium. Stanowi ono szczególny przedmiot jego troski. Mówi się, że seminarium duchowne stanowi "źrenicę oka" (pupilla oculi) każdego biskupa. Człowiek chroni i zabezpiecza źrenicę swego oka, ponieważ pozwala mu ona widzieć otaczającą go rzeczywistość.I tak biskup widzi swój Kościół poprzez seminarium, poprzez powołania kapłańskie. Łaska licznych i świętych powołań kapłańskich pozwala mu patrzeć z ufnością w przyszłość swojej misji.

Mówię to na podstawie wielu lat mojego biskupiego doświadczenia. Zostałem biskupem 12 lat po święceniach kapłańskich: tak więc znaczna część tego pięćdziesięciolecia jest naznaczona tą biskupią troską o powołania. Radością biskupa jest, gdy Pan Bóg daje Kościołowi powołania, a ich brak zawsze budzi troskę i niepokój. Tę troskę porównał Pan Jezus do troski żniwiarza: "Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo" (Mt 9,37).

Deo gratias!


Kończąc te refleksje w roku mojego kapłańskiego Złotego Jubileuszu, pragnę wyrazić Panu żniwa najgłębszą wdzięczność za dar powołania, za łaskę kapłaństwa i za wszystkie powołania kapłańskie na całym świecie. Czynię to w jedności z wszystkimi biskupami, którzy dzielą tę samą troskę o powołania i przeżywają tę samą radość, gdy ich liczba wzrasta. Dzięki Bogu, pewien kryzys powołań kapłańskich w Kościele obecnie zostaje przezwyciężony. Każdy nowy kapłan niesie ze sobą szczególne błogosławieństwo: "Błogosławiony, który idzie w imię Pańskie!" W każdym kapłanie bowiem, Tym, który przychodzi, jest sam Chrystus. Jeśli bowiem św. Cyprian powiedział, że chrześcijanin jest "drugim Chrystusem" - Christianus alter Christus, to tym bardziej można powiedzieć: Sacerdos alter Christus.

Niech Bóg sprawi, by kapłani z żywą wdzięcznością pamiętali zawsze o otrzymanym darze; niech nakłoni wielu młodych, by wielkodusznie przyjęli Jego wezwanie do całkowitego poświęcenia się sprawie Ewangelii. Przyniesie to korzyść ludziom naszych czasów, tak bardzo potrzebującym nadziei, i napełni radością chrześcijańską Wspólnotę, która będzie mogła z ufnością patrzeć w przyszłość i podejmować wyzwania bliskiego już Trzeciego Tysiąclecia.

Maryja Panna niech przyjmie to moje świadectwo jako wyraz synowskiej czci, ku chwale Trójcy Przenajświętszej. Niech sprawi, by wydało ono owoce w sercach moich Braci w kapłaństwie i wielu innych synów Kościoła. Niech uczyni z niego zasiew braterstwa także wśród tych, którzy nie wyznają co prawda tej samej wiary, ale często darzą mnie życzliwą uwagą, okazując gotowość do szczerego dialogu.




Bardzo żywo wspominam...

Bardzo żywo wspominam uroczyste spotkanie, jakie z inicjatywy Kongregacji ds. Duchowieństwa odbyło się w Watykanie jesienią ubiegłego roku (27 października 1995) z okazji trzydziestej rocznicy soborowego Dekretu Presbyterorum ordinis. W podniosłym nastroju, jaki panował wśród zgromadzonych, wielu kapłanów mówiło o swoim powołaniu. Ja również podzieliłem się swoim świadectwem, uznałem bowiem, że jest to piękna i potrzebna forma posługi, jaką oddają sobie kapłani w obecności Ludu Bożego ku wzajemnemu zbudowaniu.

To, co wówczas powiedziałem, znalazło pozytywny oddźwięk. W rezultacie z wielu stron usilnie mnie proszono, bym raz jeszcze powrócił do tematu mego powołania i szerzej go omówił przy okazji Jubileuszu kapłaństwa.

Muszę wyznać, że w pierwszej chwili propozycja ta wywołała we mnie zrozumiały opór. Później jednak uznałem, że należy przyjąć to zaproszenie, gdyż wiąże się ono z pewnym aspektem posługi Piotrowej. Zainspirowany kilkoma pytaniami, sformułowanymi przez pana dr. Gian Franco Svidercoschiego, które w jakiś sposób kształtowały wątek tych rozważań, oddałem się wspomnieniom, nie próbując bynajmniej stworzyć zapisu ściśle dokumentalnego.

To wszystko, o czym tu mówię, nie dotyczy jedynie zewnętrznych wydarzeń, ale sięga do korzeni moich najgłębszych i najbardziej osobistych przeżyć i doświadczeń. Wspominam je, a nade wszystko dziękuję Bogu: Misericordias Domini in aeternum cantabo! Zapis ten ofiaruję kapłanom i Ludowi Bożemu jako świadectwo miłości.




I. U początków... tajemnica!


Historia mojego powołania kapłańskiego? Historia ta znana jest przede wszystkim Bogu samemu. Każde powołanie kapłańskie w swej najgłębszej warstwie jest wielką tajemnicą, jest darem, który nieskończenie przerasta człowieka. Każdy z nas kapłanów doświadcza tego bardzo wyraźnie w całym swoim życiu. Wobec wielkości tego daru czujemy, jak bardzo do niego nie dorastamy.

Powołanie jest tajemnicą Bożego wybrania: "Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał" (J 15,16). "I nikt sam sobie nie bierze tej godności, lecz tylko ten, kto jest powołany przez Boga jak Aaron" (Hbr 5,4).

"Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię, prorokiem dla narodów ustanowiłem cię" (Jr 1,5). Te natchnione słowa muszą przejąć głębokim drżeniem każdą kapłańską duszę.

Dlatego też, gdy w różnych okolicznościach - na przykład z okazji kapłańskich jubileuszy - mówimy o kapłaństwie i dajemy o nim świadectwo, winniśmy to czynić w postawie wielkiej pokory, świadomi, iż Bóg nas "wezwał świętym powołaniem nie na podstawie naszych czynów, lecz stosownie do własnego postanowienia i łaski" (2 Tm 1,9). Równocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, że ludzkie słowa nie są w stanie udźwignąć ciężaru tajemnicy, jaką kapłaństwo w sobie niesie.

Wydaje mi się, iż ten krótki wstęp jest konieczny, aby we właściwy sposób zrozumieć to, co będę mówił o mojej drodze do kapłaństwa.

Pierwsze oznaki powołania


Kiedy byłem w gimnazjum, Książę Adam Stefan Sapieha, Arcybiskup Metropolita Krakowski wizytował naszą parafię w Wadowicach. Mój katecheta, ks. Edward Zacher zlecił mi zadanie przywitania Księcia Metropolity. Miałem więc po raz pierwszy w życiu sposobność, ażeby stanąć przed tym człowiekiem, którego wszyscy otaczali wielką czcią. Wiem też, że po moim przemówieniu Arcybiskup zapytał katechetę, na jaki kierunek studiów wybieram się po maturze. Ks. Zacher odpowiedział: "idzie na polonistykę". Na co Arcybiskup miał powiedzieć: "szkoda, że nie na teologię".

Na tamtym etapie życia moje powołanie kapłańskie jeszcze nie dojrzało, chociaż wielu z mojego otoczenia przypuszczało, że mógłbym pójść do seminarium duchownego. Jeżeli młody człowiek o tak wyraźnych skłonnościach religijnych nie szedł do seminarium, to mogło to rodzić domysły, że wchodzi tu w grę sprawa jakichś innych miłości czy zamiłowań. Miałem w szkole wiele koleżanek i kolegów, byłem związany z pracą w szkolnym teatrze amatorskim, ale nie to było decydujące. W tamtym okresie decydujące wydawało mi się nade wszystko zamiłowanie do literatury, a w szczególności do l

 
Msze święte
 
w niedziele:
8.00; 10.00;
11.30; 17.00
 
w święta:
8.00; 18.00

    w dni powszednie
18.00  
  


 
Parafia Narodzenia N.M.P.
Dąbrowica 132
21- 008 Tomaszowice
e-mail

Kancelaria parafialna
czynna:
Czwartek 17:00-18:00
Piątek 17:00-18:00
Sobota 17:00-18:00

Tel: 081-5020893

Nr konta:
BS Cyców O/Jastków
71 81911042 2008
8000 4987 0001

 


ADMIN